Masecki – historia jazzu część 1: 1899–1940
One man show: Masecki opowiada, gra i śpiewa!
Pamiętam koncert Marcina Maseckiego z 11. Szalonych Dni, Starcie imperiów, w którym sięgnął po mało znany utwór Ludwiga van Beethovena Zwycięstwo Wellingtona, skomponowany na panharmonicon. Masecki opracował go na fortepian oraz zespół instrumentów dętych i sam dyrygował od klawiatury. Wtedy też dał się poznać jako świetny opowiadacz.
Zgodnie z regułami Szalonych Dni Muzyki, koncert nie mógł trwać dłużej niż godzinę. A szkoda! Jak podejrzałam na kartkach, które Masecki pozostawił na fortepianie po opuszczeniu estrady, lista kompozycji, o których zamierzał opowiedzieć, była dużo dłuższa.
To że Masecki potrafi opowiadać ze swadą wiedziałam, ale śpiewającego Maseckiego dotychczas nie słyszałam. Dobry jest i jako wokalista. Zaśpiewał trzy piosenki (m.in. swoją ulubioną, Embraceable you Gershwina), gdy do doszedł do lat 30. XX wieku, kiedy jazz zaczął pełnić funkcję użytkową, stając się muzyką do tańca. W pośpiechu przywołał lata 40. i Theloniousa Monka z Dizzym Gillespiego. Niestety, na nich opowieść musiała się zakończyć. Ale zaznaczenie w tytule, że była to część pierwsza, stwarza miłą perspektywę części drugiej w przyszłorocznych Szalonych Dniach.