Claudio Monteverdi L’Orfeo – wersja koncertowa w ramach XII Festiwalu Oper Barokowych.
Studio Koncertowe Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego, 29 października 2024
Orfeusz Monteverdiego należy dziś do żelaznego repertuaru operowego, ale zanim do tego doszło, spadł z afisza na ponad 280 lat. Powrócił na niego dopiero w 1930 roku, ale jeszcze nie w Polsce. U nas trzeba było czekać aż do 1993 roku. Polska premiera tej opery w kształcie zbliżonym do oryginału odbyła się właśnie w Warszawskiej Operze Kameralnej (partyturę opracował Władysław Kłosiewicz, reżyserował Ryszard Peryt). I teraz po trzydziestu jeden latach WOK przedstawił ją w wersji koncertowej pod kierownictwem muzycznym Adama Banaszaka – obecnego szefa Orkiestry Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej Musicae Antiquae Collegium Varsoviense (MACV).
Obsadę udało się zebrać doborową: Agata Zubel – La Musica (Prologo), Krystian Adam Krzeszowiak – Orfeo, Dorota Szczepańska – Euridice, Urszula Kryger – Proserpina, Joanna Motulewicz – Speranza, Ninfa, Artur Janda – Caronte, Plutone, Spirito, Rafał Tomkiewicz – Pastore I, Eco, Aleksander Kunach – Pastore III, Spirito III, Aleksandra Szmyd – Messaggiera, Zbigniew Malak – Pastore II, Spirito II, Apollo.
Ten wieczór w „Studiu Lutosławskiego” należał do Krystiana Adama Krzeszowiaka. Od razu było widać, że zna tę operę najlepiej ze wszystkich dziesięciorga śpiewaków. Jako jeden z tylko dwojga solistów śpiewał z pamięci (z tym że partia wykonywana przez Agatę Zubel, która też nie patrzyła w nuty, jest wielokrotnie krótsza). Nieobarczony „teczką” z partyturą, stworzył sugestywną kreację aktorską. Nie trzeba było znać włoskiego, żeby zorientować się, jakie emocje przeżywa tytułowy bohater w każdej sekundzie tej opery.
Miłą niespodzianką było usłyszenie śpiewającej Agaty Zubel. Przede wszystkim kompozytorki, a jeśli chodzi o wokalistykę – kojarzonej z wykonawstwem utworów współczesnych, XX- i przede wszystkim XXI-wiecznych. A tu zaskoczenie – Zubel śpiewa barok. Jak się okazało, na plus!
Pozostali śpiewacy, wpatrując się cały czas w nuty, byli skupieni na nienagannym wyśpiewaniu każdej frazy, co odbiło się kosztem interpretacji aktorskiej podkreślającej znaczenie tego, co kryje się pod nutami. Ale przyznaję, że niektórzy starali się, przynajmniej na chwilę, oderwać wzrok od nut.
Eurydyce, mimo że jest motorem akcji libretta, kompozytor nie dał tak wielkiego pola do popisu, jak Orfeuszowi. Dorota Szczepańska, która specjalizuje się w interpretacji muzyki baroku, nie mogła więc w pełni zaprezentować swego kunsztu wokalnego. Ale jej nazwisko w obsadzie było silnym magnesem, przynajmniej dla mnie. Podobnie, jak zaproszenie do wykonania partii Proserpiny niezawodnej Urszuli Kryger.
W obsadzie błyszczeli także: Joanna Motulewicz i Artur Janda. Pochwalam powierzenie śpiewakom tej miary co oni, więcej niż jednej partii. Po jednej większej dla ich głosów w tej operze nie ma. W wykonaniu koncertowym to nie przeszkadza. A widz dzięki temu, nie odczuwa niedosytu z powodu epizodycznej obecności na estradzie bardzo dobrych śpiewaków.
Solistów wspomagał Zespół Wokalny Warszawskiej Opery Kameralnej perfekcyjnie przygotowany przez swego szefa – Krzysztofa Kusiela-Moroza.
Nie miałabym nic przeciw, żeby to wykonanie koncertowe w niedalekiej przyszłości, z tą samą obsadą, uzyskało w Teatrze Warszawskiej Opery Kameralnej kształt widowiska teatralnego. Byłoby na co czekać!