Ja teraz kłamię wyreżyserował według własnego scenariusza Paweł Borowski, który jest także artystą plastykiem. (To on jest autorem cotygodniowych rysunkowych recenzji z premier filmowych w „Gazecie Wyborczej”).
Aktorzy z doświadczeniem teatralnym: Maja Ostaszewska, Agata Buzek, Robert Więckiewicz, Jacek Poniedziałek, Rafał Maćkowiak i Adam Woronowicz wydają się gwarancją najwyższej jakości, tym bardziej, że Borowski pisząc scenariusz, myślał konkretnie o nich i wszyscy przyjęli zaproponowane im role. Z tego wniosek, że zaakceptowali scenariusz. I to najbardziej zdumiewa, bo właśnie scenariusz jest przyczyną klapy tego filmu.
Aktorzy snują się na ekranie, ładnie wyglądają (co jest zasługą autorki kostiumów i charakteryzatorki), ale nie mają co grać. Za grosz nie ma psychologii, a przecież jeśli chodzi o ten temat, to aż się o nią prosi.
Przestrzegam przed Ja teraz kłamię – jest dziwne, wręcz dziwaczne. To, że dzieje się w odrealnionej scenerii, którą reżyser określa jako retro-futurystyczną, można by przyjąć, gdyby reszta miała ręce i nogi. A nie ma. Zagadka, która miała być motorem narracji, nie wciąga. Film jest nudny, a wrażenie nudy potęguje zbyteczne, kilkakrotne powtarzanie tych samych scen. Są też sceny ni przypiął, ni przyłatał, jak np. zbiorowa orgia anonimowych nagusów.
Pierwszym określeniem, jakie nasunęło mi się po wyjściu z kina było: nabijanie widza w butelkę.