Mimo młodego wieku Andrzej Filończyk ma już na swoim koncie znaczące dla barytonów role. Tytułowego Don Giovanniego w operze Mozarta zaśpiewał w Operze Sempera w Dreźnie; doktora Malatestę w Don Pasquale Donizettiego – w Gran Teatre del Liceu w Barcelonie i w Opéra National de Paris; Hrabiego w Weselu Figara Mozarta w Palacio de las Artes Reina Sofía w Walencji; Ashtona w Łucji z Lammermoor Donizettiego i Fritza
w Umarłym mieście Korngolda – w Bayerische Staatsoper w Monachium. Występował na festiwalach w Salzburgu (w Thaïs Masseneta) i w Pesaro (w operze komicznej Le comte Ory Rossiniego). Ta lista jest dużo dłuższa.
Sezon 2022/2023 zakończył rolą Marcella w Cyganerii Pucciniego w Teatro di San Carlo w Neapolu.
Alina Ert-Eberdt: – Nie mogę pominąć pytania o to, co Pan czuł, gdy pandemia pociągnęła za sobą lockdown i Pana debiut w Met został odłożony na bliżej nieokreśloną przyszłość?
Andrzej Filończyk: – Termin spektakli w Nowym Jorku pokrywał się z przyjściem na świat mojego pierwszego dziecka. W kochającej się rodzinie to najważniejsze wydarzenie. Czuliśmy się z żoną szczęśliwi, będąc wtedy razem. Nagrodą, która całkowicie zrekompensowała mi odwołane występy w Met było to, że przez wiele miesięcy mogliśmy się wspólnie opiekować naszym nowo narodzonym synkiem.
Z kolei na przełomie lutego i marca br., gdy śpiewałem Figara w Covent Garden, czekaliśmy na narodziny naszej córeczki. Zachęcony przez Bryna Terfela, który nie może sobie darować, że nie był świadkiem narodzin swego najmłodszego syna, kursowałem w przerwach pomiędzy spektaklami między Londynem a moim rodzinnym Wrocławiem. I udało się, byłem też przy żonie w momencie narodzin córki.
– Żona jest śpiewaczką?
– Pianistką kameralistką. Mamy za sobą jeden wspólny występ, który na zaproszenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej nagraliśmy dla OperaVision. Teraz, razem z naszymi dziećmi, towarzyszy mi we wszystkich wyjazdach. To, że nie musimy się rozstawać jest dla mnie bardzo ważne.
– W latach 2014 – 2016 należał Pan do adeptów Akademii Operowej Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. Jak z dzisiejszej perspektywy ocenia Pan ten kawałek swojej biografii?
– Na pewno nie byłbym w miejscu, w którym znajduję się dzisiaj, gdybym nie trafił do Akademii, mimo że z operą miałem kontakt od dziecka jako syn śpiewaczki operowej. Przez całe dzieciństwo nie tylko buszowałem za kulisami Opery Wrocławskiej. Wychodziłem też na scenę w paru spektaklach. A gdy miałem 15 lat, idąc w ślady mojej siostry, zapisałem się do Studium Tańca i Opery przy Operze Wrocławskiej. Zajęcia polegające na przygotowaniu przedstawienia baletowego, kończyły się pokazami na dużej scenie. Ale dopiero w Akademii Operowej w Warszawie poczułem smak bycia profesjonalnym śpiewakiem.
Wśród wykładowców w Warszawie są też cudzoziemcy, którzy przybliżają zagraniczny świat operowy. Jak najlepiej wspominam warsztaty z prof. Izabellą Kłosińską, Eytanem Pessenem, Matthiasem Rexrothem i Brendą Hurley, która zaprosiła mnie do Studia Operowego w Zurychu.
– Czym się różni warszawska Akademia Operowa od studia operowego w Zurychu, od którego zaczęła się też światowa kariera Piotra Beczały?
– W Warszawie za moich czasów, zazwyczaj raz w miesiącu, odbywały się tygodniowe warsztaty wokalne. Zdarzały się też dłuższe lub częstsze. Niektóre kursy kończyły się koncertami dla publiczności w Salach Redutowych Teatru Wielkiego. Każdy z uczestników śpiewał wtedy po dwie, trzy arie lub pieśni, nad którymi pracował podczas warsztatów. W trakcie mojego pobytu w AO, cała nasza grupa została zaangażowana do wystawienia Krakowiaków i górali, w reż. Jarosława Kiliana, pod kierownictwem muzycznym Władysława Kłosiewicza. Zagraliśmy potem to przedstawienie kilka razy na kameralnej scenie Teatru Wielkiego. Okazjonalnie przygotowywaliśmy specjalne wydarzenia, m.in. koncert towarzyszący otwarciu muzeum Polin (Muzeum Historii Żydów Polskich).
W studiu operowym w Zurychu zajęcia są codziennie przez cały sezon. Adepci tego studia stają się poniekąd członkami zespołu opery zuryskiej. Są przygotowywani do występów w aktualnym repertuarze, i to nie tylko w epizodach czy ansamblach, ale także w większych partiach. Pierwszym spektaklem, w którym wziąłem udział, był Don Carlos Verdiego. Stanąłem wówczas na scenie obok światowych sław – René Pape i Petera Mattei. To było nie tylko wielkie przeżycie, ale i nobilitacja dodająca skrzydeł.
– Wszystko ma znaczenie. Bez liczącej się agencji, nie ma nawet co marzyć o występach w znanych teatrach. Szczęśliwy traf, dzięki któremu usłyszy cię ktoś, z czyim zdaniem liczy się środowisko, spotkanie na początku drogi osoby, która cię poprowadzi – to właśnie mój przypadek. Nieustająca praca nad głosem jest rzeczą oczywistą.
– Czy wśród granych przez Pana postaci jest taka, która przypomina Andrzeja Filończyka prywatnie?
– Obecnie jest to Figaro z Cyrulika sewilskiego. To postać bardzo bliska mojemu temperamentowi. Za każdym razem, gdy wychodzę na scenę jako pełen wigoru Figaro, niezależnie od inscenizacji, odczuwam przyjemność i mam poczucie spełnienia. Zaznaczyłem, że «niezależnie od inscenizacji», bo ta w Covent Garden, w reż. Moshe Leisera, pokazuje Figara inaczej. Nie jest to zadowolony z życia wesołek, a wręcz przeciwnie. W styczniu przyszłego roku będę Figarem w nowej produkcji Teatro Regio di Parma (Teatru Królewskiego w Parmie). Reżyserem tego przedstawienia jest włoski reżyser, scenograf i projektant kostiumów Pier Luigi Pizzi, rocznik 1930! Spodziewam się więc tradycyjnej inscenizacji.
– Czy już Pan wie, kogo grałby z równie wielką przyjemnością?
– Pociąga mnie Verdi, zwłaszcza liryczny. Liryzm Verdiego najbardziej objawił się w Traviacie, ale na Giorgia Germonta muszę jeszcze kilka lat poczekać. Nie tylko mój głos musi dojrzeć do tej partii, również jako człowiek muszę zdobyć doświadczenie, które pozwoli mi wiarygodnie zagrać tę postać. Myślę, że jestem już gotów na Rodryga w Don Carlosie. Mój agent będzie mnie rekomendował w teatrach poszukujących śpiewaka do tej roli.
– Która partia operowa czekająca na Pana w sezonie 2023/2024 wywołuje w Panu największe emocje?
– Zdecydowanie Don Giovanii, którego będę śpiewał w dwóch inscenizacjach. W lutym 2024 r. w Teatro di San Carlo w Neapolu, w reż. Mario Mortone i w kwietniu w Wiener Staatsoper (Operze Wiedeńskiej), w reż. Barriego Kosky’ego. W Neapolu Leporellem będzie Krzysztof Bączyk. Gorąco zapraszam w swoim i w jego imieniu.
– A jak rysuje się perspektywa Pana występów w Polsce?
– Bardzo chciałbym śpiewać w Polsce! Od dłuższego czasu jestem w kontakcie z paroma polskimi operami. Mimo chęci po obu stronach, nie udaje się ustalić terminu. Albo ja w proponowanym mi czasie śpiewam zagranicą, albo zainteresowany zaproszeniem mnie polski teatr nie ma aktualnie w repertuarze tytułu, w którym mógłbym wystąpić. Kiedy wreszcie ustaliliśmy datę z Operą Wrocławską, gdzie miałem śpiewać Hrabiego w Weselu Figara, zmieniła się tam dyrekcja i mój występ został odwołany. Ale nie tracę nadziei.
Warszawa, lipiec 2023
International Opera Awards 2023 – nagroda dla Andrzeja Filończyka w kategorii młody śpiewak